4.
Co mam zrobic ? Myślał gorączkowo Russel .
-Hej ! Pośpiesz się ty durniu ! Ten dom jest w dobrym stanie ! Może coś znajdziemy ! Wiesz jaki szef był wściekły kiedy okazało się że kończą nam się zapasy?! Więc rusz swoją dupe i bierz się do roboty !! -krzyknął męski głos, stanowczo i groźnie .
-Ja przeszukuje ten dom i ten! - krzyknął inny mężczyzna.
Russel poczuł jak ciarki przeszły mu po plecach. Znajdą go . Napewno. Znajdą i zabiją. I zjedzą ! Nie ! Nie pozwoli tak się poniżyc ! Nie pozwoli by jacyś Czerwoni zjedli jego ciało !
Musi coś wymyślic? Tylko co ? Ostrożnie podszedł do okna i wyjrzał prze nie. Zobaczył terenowy samochód i chyba z 7 Czerwonych , którzy teraz rozchodzili się w wyznaczonych kierunkach. Wszyscy mieli ciężkie bronie które raz dwa mogły by skróci życie Russela. Już słyszał ich na schodach. Albo mu się zdawało ? Był tak przerażony że nie wiedział który dzwięk pochodzi od Czerwonych a który robi on sam. Nagle wpadł na pewien pomysł. Zauważył że po drugiej stronie budynku znajduje się rynna a pod nią spora ilośc krzaków. Okno powinno byc otwarte a rynna znajduje się po tej stronie gdzie Czerwoni go nie zauważą. Chyba. Jeśli będzie się dobrze skradał i zachowa spokój i opanowanie, powinnien ucziec lub ukryc się gdzieś i poczekac aż ci dranie sobie pojadą. Terzaz musiał działac szybko.
***
Russel powoli i strożnie schodził z rynny. Kiedy biegł do okna omal nie przewrócił się prze dywan którego nie zauważył. Dom znajdował się w okręgu innych domów. Chłopiec miał szczęście że dom Mika był położony na samym śroku tego okręgu tak że Czerwoni nie mieli prawa zobaczyc jak ucieka. Dodatkowym plusem było to że nieopodal znajdował się mały lasek w którym Russel mógł się ukryc. Teraz schował się w krzakach. Kilkanaśie metrów dzieliło go od Czerwonych. Gdyby teraz się im ukazał na bank został by bez wachania rozszczelany. Trzech mężczyzn wróciło z obchodu trzymając w rękach średnie worki. Nie wydawały się bardzo wypełnione chociaż... Kiedy chłopiec patrzył na ich miny zrozumiał że się mylił. Worki były napełnione po same brzegi gdyż nawet dowódca się ucieszył.
-No świetnie chłopacy ! -usłyszał chłopiec. Kiedy nagel za drzewa zauważył... Czerwonego. Szedł prosto na Russela. Chwila moment i go zauważy. Chłopiec automatycznie schylił się tak że prawie leżał na ziemi. Brudnej ziemi. Pełnej papierków liści i Bóg wie czego. Może go nie zauważy ? Russel miał taką nadzieję .
-Ej młody ! Wstawaj miernoto , do ciebie mówię - krzyknął mu ktoś nad uchem. Cholera ! To był Czerwony !!! Śmiał się prosto w twarz chłopca. Był młody , chyba 20-latek. Trzymał w ręku kij bejsbolowy. Russel bał się że może nim oberwac, dlatego posłusznie wstał i trzęsąc się zaczął mówic:
-Proszę oszczędźcie, m-mnie j-ja nie c-che umiera-c-c.
-Weź mi tu nie jęcz. O tym czy cię zabijemy zadecyduje szef. -odparł Czerwony.
-Dalej rusz tyłek, młody i idź grzecznie za mną albo dostaniesz z kija. Zrozumiano !- Russel chciał się gdzieś schowac, kiedy mężczyzna groźnie podniółs głos.
-Rozumiem.
Czerwony zaprowadził go do reszty. Ludzie patrzyli na niego jakby widzieli dziecko po raz pierwszy w życiu.
- Ben , znalazłem go w krzakach.-powiedział mężczyna do Boba, osoby o kilku bliznach jednej na policzku drugiej na szyi a trzeciej na ramieniu.
-Witaj mały. -zaczął ochrypłym głosem.
-Jak tam się trzymasz ? Ha a może chcesz do nas dołączyc-facet walił prosto z mostu.
-Mam złe wspomnienia z Czerwonymi-odpowiedział niepewnie. Teraz tego żałował. Może zginąc za taką zuchwałośc. Bob się zaśmiał. Po chwili wszyscy mężczyźni się śmiali. Kiedy Bob zaczął mówic , przestali.
-Zapewne to nie byliśmy my. Któryś z nas pamiętał by takiego malucha. Jak ty sobie poradziłeś na takim pustkowiu?
-Mam swoje sposoby. Umiem walczyc i zabijac. -odparł z lekką pewnością siebie
-O? Czyżby ? Taki maluch ? A co ty jesteś sam ? Ile ty masz lat ?
-Nie jestem maluchem proszę pana, jeśli przyjdzie co do czego potrafię zabic z zimną krwią. Jestem sam, rodzice zginęli kiedy nastała katastrofa. Mam 14 lat, proszę pana- Russel używał zwrotu grzecznosiowego by zdobyc trochę poszanowania i zaufania u Czerwonych.
-Hahaha ale ty jesteś pewny siebie. No cóż, skoro cię znaleźliśmy to zabierzemy cię do szefa. Zaobaczymy co będzie chciał z tobą zrobic-dodał Bob i podszedł do jeepa. Russel się zdziwił
-Czyli pan nie jest szefem ?
-Hahah, ja ? No co ty , nie jestem taki dobry jak nasz szef, mały. Wskakuj. A i mów mi Bob. - mężczyzna wydawał się miły jednak Russ ograniczył swoje zaufanie i nie pewnie wsiadł na miejsce pasażera z przodu koło Boba. Za nimi stało jeszcze kilka jeepów. Wszyscy wsiedli do nich i ruszyli . Jechali drogą z starym asfaltem , niczym orszak lub pociąg, podskakując na dziurach.
-A tak w ogóle jak masz na imię, mały ?-spytał Bob.
-Russel, prosz...Bob - odparł chłopiec .
-Niezłe imię. Podoba mi się- uśmiechnął się mężczyzna ukazując zęby które o dziwo były w dobrym stanie. Russel , chociaż niepewnie odwzajemnił uśmiech. Może Czerwoni wcali nie są tacy źli, pomyślał.
Przepraszam za błędy :)
Flap'S
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz